Flosh kazała nam przynieść sześć żab, salamandrę i kilka liści lawendy.
- Mają być żywe czy martwe? - zapytałam niepewnie. Mdli mnie na samą myśl o tych oślizgłych...
- Żywe. - odparła krótko. Brr... Jeszcze gorzej.
- Idziemy? - spytał ochoczo Calvariam.
- Taak... - zgodziłam się niechętnie. Wyszliśmy na dwór. Był wczesny ranek i słońce zdążyło wychylić się zza horyzontu. Szybko pobiegłam po lawendę, zostawiając basiorowi żaby i salamandrę. Kiedy wróciłam na umówione miejsce, Calvariama nie było. Poczekałam chwilę, niestety basior dalej się nie zjawiał. Powoli zaczynałam się martwić. A co jeśli coś mu się stało? A co jeśli zabłądził? A co jeśli to ja przyszłam w złe miejsce? Nie, to niemożliwe. Po prostu zajęło mu to więcej czasu... Odczekałam jeszcze piętnaście minut i zaczęłam nawoływać Calvariama po imieniu. W końcu wyszedł zza krzaków.
- Wreszcie! - westchnęłam z ulgą. - Gdzie ty byłeś? Martwiłam się o ciebie! - pożaliłam mu się.
<<Calvariam?>>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz